88174-lata-walk-ulicznych-michal-zygmunt-1[1]

Marek Polak stoi na szczycie wieżowca, jest człowiekiem, któremu się udało. Przed oczami staje mu dwadzieścia lat polskich przemian ściśniętych w jedną biografię, jego biografię – od mszy za ojczyznę do wojskowych interwencji w ciepłych krajach. Po bardzo dobrze przyjętym debiucie New romantic Michał Zygmunt powraca w wielkim stylu. Lata walk ulicznych to brawurowo opowiedziana historia seksualnego pociągu, jaki poczuliśmy do pieniędzy.

Straszna bajka o miłości w czasach kapitalizmu.
Kinga Dunin

 

 

Zygmunt jest bezlitosnym ironistą, który słowo traktuje jako oręże w walce z ludzką głupotą i naiwnością. Nie jest to jednak tania publicystyka z pozytywistycznym zacięciem, ale proza przewrotna, pełna błyskotliwej inteligencji i zapraszająca czytelnika do gry.

Damian Gajda, czytelnia.onet.pl

 

Michał Zygmunt zaskakuje. Przede wszystkim pisarskim warsztatem – początkowe rozdziały tej ksiązki po prostu świetnie się czyta. Przechodzimy płynnie od obrazu do obrazu, obcując z mocnym, ironicznym, soczystym językiem współczesności. Duszna msza za ojczyznę, z której dziecko zapamiętuje głównie zapachy; szczeniackie zabawy w obóz koncentracyjny; przesiąknięty chłopięcą erotyką żałosny napad na stację benzynową; migawkowa kariera męskiej prostytutki w Berlinie Zachodnim. Potem Zygmunt pokazuje, że równie dobrze radzi sobie ze sferą tabu: opisy seksu – w tym przypadku głównie seksu gejowskiego –nonszalanckie, brutalne, ekspresyjne, ocierają się o pornografię, ale zdecydowanie pornografią nie są.

Głównym bohaterem Lat walk ulicznych nie jest jednak Marek Polak, miliarder z przypadku, ale pieniądze: wymarzone, spadające z nieba. Pieniądze – jedyny antydepresant, jaki wymyślili sobie Polacy, kiedy Bóg poszedł w odstawkę. Pieniądze – jedyny afrodyzjak, jedyny sposób na podwyższenie społecznego statusu, jedyna miłosna waluta.

Piotr Kofta, „Dziennik Gazeta Prawna”

 

Oto rośnie nam pisarz, który potrafi łączyć grę gatunkami, świadomość najnowszych nurtów literackich, jak i nową wrażliwość.

Myliłby się ten, kto sprowadzałby interesujące fabularne pomysł Zygmunta do publicystyki. A nawet jeśli jest w tym jakiś drobny jej okruch, powiedziałabym, że dokładnie tego nam dzisiaj trzeba: potrzebujemy powieści, która nie wstydziłaby się prób interpretowania, komentowania, demontowania i przedstawiania w krzywym zwierciadle zarówno polskiego życia politycznego, jak i wiecznych problemów polskiej mentalności. […]

Zygmunt czerpie obficie z popkultury, co tłumaczy, absolutnie celową, niekiedy kanciastość czy płaską komiksowość tej prozy. Korzysta jednak z tych środków w sposób bardzo wyrafinowany, żeby zmusić nas do namysłu, co się stało w tym kraju, co po 1989 roku się nie udało, co spieprzyliśmy i ile z tego syfu sami sobie zawdzięczamy. Stawia w końcu pytanie o możliwość miłości, o gejowską uczuciowość. Opisy scen erotycznych należą do odważniejszych w najnowszej polskiej literaturze i swoją szczerością i graficznością dorównują Houellebecqowi. Byłoby jednak wielką niesprawiedliwością twierdzić, że cokolwiek zostało tutaj od kogoś zapożyczone – Zygmunt ma swoich ulubieńców (należą do nich także filmowcy, zwłaszcza David Cronenberg), nie wstydzi się od nich podbierać, ale na wszystkim tym potrafił odcisnąć piętno swojej wrażliwości. Narodziny ciekawego polskiego pisarza.

Agata Pyzik, „Lampa”

 

Jak to dobrze, że powstaje w Polsce dobra młoda literatura. Jak to dobrze, że w gąszczu nowych nazwisk udaje się trafić na beletrystykę najwyższej próby – także wśród dzieł tych mniej znanych i mniej „medialnych” pisarzy i pisarek. Jak to dobrze, że nie tylko Masłowska, Witkowski i Dehnel.

Piotr Bachtin, ksiazeizebrak.pl

 

Dawno nie czytałem tak dynamicznej, zanurzonej w potoczności (uliczności), a przy tym jednak ciągle klasycznej polszczyzny literackiej. Między zjadliwą satyrą na rzeczywistość a skrajnie osobistą relacją z dojrzewania kryje się tęsknota za czymś, dla czego warto żyć. To jest romantyzm, no dobrze, neo czy postromantyzm, to jest poszukiwanie. Siebie, ojczyzny, miłości, mieszkania, własnego etosu do uwierzenia, może polubienia i zagospodarowania. Wprawdzie nie dawałbym na taki los dużych szans majorowi Markowi Polakowi, ale pisarzowi Michałowi Zygmuntowi – zdecydowanie tak.

Grzegorz Chojnowski, Radio Wrocław

 

Akcja książki Michała Zygmunta płynie wartko, jak w Salt z Angeliną Jolie. Zanim człowiek zorientuje się, że nastąpił koniec jakiegoś wątku, już dawno zaczyna się kolejny. Lubię to. Wypieszczone to dzieło i wychuchane. Po New Romantic, Lata walk ulicznych to wielki krok naprzód.

Mike Urbaniak, WAW

 

Michał Zygmunt przez słynną próbę drugiej powieści przeszedł bez większych przeszkód.

Błażej Warkocki, „Dwutygodnik”

 

Na szczęście czytanie Lat walk ulicznych wyłącznie jako powieści miłosnej – albo może: jako powieści „tradycyjnie miłosnej” (w pewnej konwencji czytania) – nie wyczerpuje jej potencjału. „Przełamywaczem” takiej lektury jest wątek polityczny (motto z Ernsta Jüngera: Dwie są tylko formy bytowania – miłość i walka, zabawne, że brzmi to niemal jak cytat z Sępa Szarzyńskiego), znacznie dyskretniejszy niż w debiucie, co przez chwilę nawet miałem autorowi za złe. Polityczność tej prozy – w miłosnym splocie z miłością – realizuje się na kilku poziomach. […]

Na dywagacje o miłości zostają nałożone rozważania o latach 80. w Wielkiej Brytanii, z odwołaniem do dwóch symboli kulturowych. Dyskretniej przywołany jest Alan Hollinghurst. Otóż, jak sądzę, chodzi przede wszystkim o jego ostatnią jak dotąd powieść Linia piękna, osadzoną w latach 80. i w złożonej, ironicznej narracji demaskującą rządy i epokę Margaret Thatcher, snując prymarnie historię miłosną, a także kronikę pierwszych lat AIDS. Drugim jest krótka interpretacja twórczości Depeche Mode z lat 80. […]

Krótko mówiąc, Zygmunt daje tu matrycę, w jakiej może chciałby, aby czytano i jego książkę (można ją nazwać interpretacją neomarksistowską – w zachodnim rozumieniu, w polskim dyskursie bowiem „marksizm” jest niedorozumianą etykietką); przede wszystkim jednak podsuwa efektowną tezę o podobieństwie obecnej sytuacji Polski z latami 80. w Wielkiej Brytanii (węziej – thatcheryzmem). […]

Piotr Sobolczyk, „Pogranicza”