O tym, że to nie będzie „po prostu film”, wiedzieliśmy od początku. Od chwili, w której Antoni Krauze – dobry reżyser, nagradzany przed laty w Locarno i San Sebastian – oznajmił, że chce zrealizować film o katastrofie w Smoleńsku.

Karuzelę radości rozkręcił w pełni ujawniając fragmenty scenariusza. Dowiedzieliśmy się z nich, że w finałowej scenie Prezydent Kaczyński wraz z Małżonką ma udać się, już w postaci astralnej, do lasu katyńskiego i tam uścisnąć dłonie duchom pomordowanych oficerów. Znaczy, sprawa jasna – Prezydenta też zabili Rosjanie. I to w tym samym miejscu! Tyle że Stalin teraz łysy i bez wąsa.

Nie rozumiem jednak, skąd ten pesymistyczny wydźwięk? I dlaczego zatrzymywać się na Katyniu? Do Kijowa mógł się przespacerować, by z Bolesławem Chrobrym walić mieczem w bramy grodu. Wróć, z Ukrainą żyjemy teraz dobrze. No to do Kołomny siedemnastowiecznej. Uwolnić Marynę Mniszchównę, poślubić ją z bratem Jarosławem i umieścić oboje na tronie carskim. Jak już fantazjować, panie reżyserze, to po całości!

Dużą fantazją musiał się wykazać krytyk „niepokorny” (chociaż od roku już chyba pokorny?) z pisma „wPolityce”. Dla tych, co nie wiedzą – to taka gazeta dla lemingów, czyli bezkrytycznie popierających aktualną władzę. Pisze on w recenzji, że film miał katastrofalny zwiastun. Że pełen jest artystycznych potknięć. Że razi publicystyką. Że wiele tam deklaratywnych dialogów i uproszczonych postaci. Że scena otwarcia jest niechlujna wizualnie i aktorsko.

Wydawałoby się – dramat. Klęska. Katastrofa. A jednak nie! Krytyk (nie)pokorny wspina się na wyżyny ekwilibrystyki i koniec końców ocenia dzieło…pozytywnie. Cieszy się, że „wiekowemu twórcy” udało się nakręcić film „solidny, choć nie dorównujący ‘Czarnemu Czwartkowi’”. Jeśli to nie jest sytuacja, w której autor tekstu przekazuje nam coś między wierszami („trzymajcie się od tego gniota z daleka!”), to nie wiem, co mogłoby nią być.

Karuzela heheszków definitywnie zatrzymała się w dniu premiery. Na którą, rzecz jasna, nie zaproszono rodzin ofiar nienależących do PiS. Politycy rządzącego obozu lansowali się na czerwonym dywanie, obsada aktorska – na ściankach z napisem „Smoleńsk”, a dziennikarzy wyproszono, fora ze dwora. Na niestosowność takiego lansu skarżyła się żona tragicznie zmarłego oficera BOR, ale nie doczekała się oficjalnej reakcji. Nikt przecież nie będzie psuł partyjnej imprezy tylko dlatego, że coś się nie podoba jakieś wdowie. Czy wdowa jest ministrem? Ile wdowa ma dywizji?

Tak, „Smoleńsk” to nie jest zwyczajny film. „Smoleńsk” to pole bitwy. Dlatego, mimo że żaden cud nie uratował ofiar katastrofy, możemy oczekiwać cudu w salach kinowych. Przymusowe wycieczki szkolne, wymarsze jednostek wojskowych, wszystko, co tylko zadziała, i przyniesie prawomyślnym producentom pieniądze. W kolejce czekają zapewne następne tego typu „superprodukcje”. Po heroicznej obronie „Historii Roja” w wykonaniu Ministra Glińskiego jest przecież jasne, że nie ma znaczenia, czy gniot – ważne, żeby był politycznie słuszny.