Dwóch wybitnych polskich sportowców, którzy mieli nam na ciężarowych podestach rwać i dźwigać medale, wyszło na dwóch ancymonków, którzy w tajemnicy przed władzami związku ładowali sobie w żyłę (a może w mięsień? Nie mam pojęcia jak się teraz ładuje) niedozwolone substancje. Na lotnisku Okęcie bracia Zielińscy byli atrakcją tylko dla kilku łowców autografów, których nie odstraszą nawet najmroczniejsza konduita, ba – bywa ona dodatkowym atutem. Zielińscy wypadli z mody, teraz w modzie jest wyrażać w związku z ich czynem święte oburzenie, hejtować, krytykować z powagą, dywagować kto zawinił i gdzie był wtedy Bóg.

Na pierwszy rzut myśli faktycznie wygląda to rozsądnie – sport powinien być czysty, Igrzyska Olimpijskie powinny być, jako najważniejsza impreza roku, tej czystości wzorem, a my nie powinniśmy palić, pić, i przejadać się po dwudziestej drugiej. Niestety, oprócz marzeń warto mieć też zdrowy ogląd realiów. A realia są takie, że by odnosić w tym sporcie sukcesy, po prostu nie da się nie ćpać. Niektórzy ukrywają to bardziej, inni mniej. Rosja z pełną ostentacją zbudowała państwowy system dopingowy, przypominający nieco mroczne czasy NRD, które pozostawiły za sobą kobiety tak zniszczone hormonami, że zmuszone do zmiany płci. Rosyjskich sztangistów wykluczono więc z igrzysk co do jednego, ale czy cała reszta jest czysta? Czy winne są tylko te wyłapane jednostki, wśród których znalazło się trzech Polaków (oprócz braci Zielińskich był jeszcze Krzysztof Szramiak)? Oczywiście, że nie. Wystarczy spojrzeć na zdjęcia zawodników; żeby zbudować masę mięśniową zdolną do znoszenia tak ogromnego wysiłku, nie da się uciec od, mówiąc elegancko „suplementacji farmakologicznej”. Bez ćpania mięsień tak nie urośnie. Spytajcie swoich kolegów chodzących na siłownię, których proporcje odbiegły od powszechnie spotykanych. Kto nie został w Rio przyłapany na dopingu, ten po prostu ma szczęście. Albo przestał ćpać na tyle wcześnie, że na Igrzyskach we krwi nie pozostały już ślady niedozwolonych substancji. Dlatego nie przyłączam się do grona oburzonych. Owszem, Szramiak i Zielińscy złamali sportowe prawo i zasady przyzwoitości. Ale nie wierzę, żeby ich koledzy z innych państw byli od niech lepsi.

Możemy więc zrobić jedną z dwóch rzeczy. Albo wprowadzić zamordystyczne zasady, zakładające powszechne kontrole dopingowe u wszystkich zarejestrowanych zawodników co tydzień albo dwa, oraz bezwzględne kary dożywotniej dyskwalifikacji już przy pierwszej wpadce. To przyniesie być może sport czysty, ale i obniży jego poziom mierzony rekordami (na których mnie nie zależy wcale, ale już medialni sponsorzy mogą nie być zadowoleni). Można też zastosować wyjście realistyczne – i zalegalizować doping. Niech sobie ćpają co chcą, niech rosną jak ciasto na pizzę, niech już nigdy nie mieszczą się w żadnych drzwiach, a zamiast sztang dźwigają ciężarówki. Mniej będzie hipokryzji i więcej uczciwości. Bo o trzecim wyjściu – zawieszeniu całej dyscypliny, póki światowi decydenci nie pójdą po rozum do głowy – nikt w MKOL nie ośmieli się nawet pomyśleć.