Dyskusja o „Mieście 44” Jana Komasy jest w Polsce znacznie trudniejsza niż o jakimkolwiek innym filmie. Na jednej szali jest ocena języka i treści samego dzieła, na drugiej – polityczna ocena sposobu, w jaki twórca „Sali samobójców” opowiada o Powstaniu. Po upływie 70 lat warszawski zryw wciąż dzieli Polaków w sposób właściwie niespotykany w innych rodzimych debatach. Nawet polityczna jatka między smoleńskimi sierotami a lemingami premiera Tuska przypomina przy tej dyskusji atmosferę herbatki w domu aktora – seniora w Skolimowie. Podziały idą tu zresztą wskroś politycznych pęknięć współczesności, zupełnie na nie nie zważając. Prawicowcy Piotr Zychowicz i Jarosław Rymkiewicz reprezentują przecież oba bieguny sporu o sens powstania. Ten pierwszy z książką „Obłęd 44”, reklamowaną zresztą przed kinowymi projekcjami „Miasta”. Ten drugi – ze znakomitym, choć obłędnym w istocie esejem „Kinderszenen”, w którym nie tylko broni decyzji o wywołaniu powstania, ale wręcz dowodzi niezbędności warszawskiej jatki w budowie współczesnej polskiej tożsamości.

Sam reżyser, jak i pozostali twórcy filmu podkreślali przed premierą chęć oddania hołdu bohaterom powstańczej Warszawy. W Polsce musi to budzić obawy; kino historyczne jest u nas zwykle kręcone w romantyczno – heroicznym paradygmacie, ukazującym rodzimych żołnierzy jako nieskazitelnych bohaterów, skazującym postaci na papierowość, a fabułę na brak wiarygodności. Obawa była tu tym silniejsza, że w „Sali samobójców”, filmie bardzo sprawnie zrealizowanym i interesującym, Komasa poszedł o krok za daleko w przypodobaniu się nastoletniemu targetowi. Młodzież kupiła ten film bez zastrzeżeń, jednak u wielu dorosłych widzów emocjonalne rozbuchanie „Sali” wywołało dystans.

„Miasto 44” jest jednak całkowitym zaskoczeniem. Twórcy udała się rzecz niebywała; oddając hołd bohaterom heroicznej walki z nazizmem zajął stanowisko jednoznacznie sceptyczne wobec politycznej decyzji wodzów Armii Krajowej. W demitologizacji i obaleniu heroicznego mitu narosłego wokół Sierpnia przez minione dziesięciolecia poszedł Komasa tak daleko, jak to w rodzimych realiach możliwe, nie obrażając przy tym ludzi, którzy na warszawskim froncie oddali życie, jak i nielicznych ocalałych, do dziś niosących pamięć o wydarzeniach tragicznego lata. Nie ma tu estetyzacji wojennej przemocy, często obecnej w heroicznych inscenizacjach współczesnego kina. Sceny walki są drastyczne do granic, często inscenizowane z użyciem języka kina gore (jak w najbardziej chyba porażającej sekwencji eksplozji czołgu-pułapki na Starym Mieście, wokół której Rymkiewicz skonstruował swoje „Kinderszenen”). Reżyser idzie zresztą dalej, sięgając do poetyki horroru, które dla opisu walk na cmentarzu, a zwłaszcza przedzierania się przez kanały do Śródmieścia, okazały się językiem najbardziej adekwatnym.

Kolejne niebywałe osiągnięcie Komasy wiąże się z jego talentem inscenizacyjnym. Mnogość wizualnych inspiracji robi wrażenie; twórca sięga zarówno po klasykę wojennego kina radzieckiego (widoczne jest zwłaszcza nawiązanie do „Idź i patrz” Klimowa), jak i kody współczesnej popkultury. Komputerowe gry FPP, teledyski, opowieści o zombie, czy zainicjowany „Matriksem” efekt bullet time czynią powstańcze zmagania nie tylko czytelnymi, ale i niezmiernie atrakcyjnymi dla młodego widza. To, co raziło w „Sali samobójców”, te nadmierne umizgi do nastoletniej publiczności, w „Mieście 44” podlegają odpowiedniemu wyważeniu, budując nowy, wiarygodny język opowieści o wojnie. Zaskakujące użycie współczesnej ścieżki dźwiękowej, od Czesława Niemena po muzykę elektroniczną, sprawdza się rewelacyjnie. W kilku scenach Komasa ociera się o znaną z poprzedniej produkcji pretensjonalność; scena pocałunku pod niemieckim ostrzałem podanym w nadrealistycznej manierze, z pociskami wirującymi wokół bohaterów w zwolnionym tempie, czy seks z intensywnym elektronicznym beatem w tle, są w opinii wielu krytyków nadmiernym, niewiarygodnym ekscesem. Nie dla mnie. Dla wiarygodnego oddania emocji walczących na froncie dzieciaków należało sięgnąć po własny język ich dzisiejszych rówieśników. Balansując na krawędzi pretensjonalności Komasa utrzymał się po właściwej stronie, dowodząc swego ogromnego wyczucia języka filmu i bezprecedensowego w europejskim kinie artystycznego postępu.

Są w „Mieście” momenty irytujące, leżą one jednak po drugiej ze stron, o której wspomniałem na początku; po stronie oceny politycznej. Zbyt wyraźnie zarysował Komasa granicę między powstańcami, a żołnierzami Berlinga lądującymi na Czerniakowie. Pierwszą Armię WP reprezentuje tu wojak mówiący… z silnym akcentem rosyjskim, a w walce berlingowcy okazują się nieudolnymi, brawurowymi wariatami, dającymi się wystrzelać Niemcom. Mojemu dziadkowi, żołnierzowi Pierwszej Armii, który przeszedł z nią trasę od Lenino do Berlina, z pewnością by się to nie podobało. Mógłby też wyjaśnić reżyserowi, że we wrześniu 1944 jego towarzysze broni mieli już duże doświadczenie frontowe, także w walkach miejskich, i z pewnością nie uderzyliby na umocnione stanowisko wroga odsłoniętą tyralierą. Zbyt optymistycznie ocenia też Komasa stan uzbrojenia powstańców. W scenie zgrupowania w godzinie „W” akowcy obwieszeni są bronią maszynową i pistoletami; w rzeczywistości jakąkolwiek bronią dysponował tylko jeden z dziesięciu żołnierzy.

W katalogu zasług Komasy ta dwie rysy nie mogą jednak zaważyć na ocenie całości filmu. Wojna w „Mieście 44” jest tak prawdziwa, jak tylko może być. Wbrew oczekiwaniom wielu środowisk reżyser nie uciekł od przemalowania jej z czerni-bieli do wielu odcieni szarości. Dowiódł ogromnej odwagi, ukazując sukinsynów w polskich mundurach, sprytnie ograł motyw „dobrego Niemca”, wydobywając z tej wytartej figury warstwę, jakiej dotąd w kinie nie widzieliśmy. Próżno w „Mieście” szukać najciemniejszych i skrywanych kart Powstania: zbrodni Podziemia na ukrywających się Żydach (jako pierwszy mówił o tym publicznie w swoich wspomnieniach Marek Edelman), czy aktów agresji ze strony zrozpaczonych mieszkańców, którym zdarzało się zabijać powstańców. Na dekonstrukcję przyjdzie jednak pora. Póki co mamy mądrą, wielowarstwową, genialnie zrealizowaną produkcję, z której uczyć się mogą twórcy amerykańskiego kina komercyjnego. Za osiem milionów dolarów nie zrobiliby nawet dziesięciu minut takiego filmu. Teraz czas na pokazanie tego „Miasta” światu – trudno o mocniejszego polskiego kandydata do przyszłorocznego Oscara.