5 czerwca 1989 roku szkoła zorganizowała kiermasz książek. Każdy uczeń mógł przynieść jakąś książkę na sprzedaż za symboliczną cenę, atrakcją specjalną było spotkanie z Józefem Łozińskim, ojcem mojej koleżanki z klasy. Panowała przedziwna atmosfera małpiego szczęścia, którym przesiąkliśmy chyba w domu, choć prawie żadne z nas nie rozumiało tego, co się dzieje. Postanowiłem podprowadzić rodzicom przypinkę „NSZZ Solidarność” leżącą na półeczce pod biblioteczką, tam gdzie dziś widnieje nalepka „MAZOWIECKI – PREZYDENT 1990”. Wtedy jeszcze jej tam nie było. Wmaszerowałem do szkoły z przypinką na piersi i niemal od razu wpadłem na dyrektora, stuprocentowego partyjniaka, dziś myślę że wręcz przedstawiciela betonu. Niby chciał zareagować, ale westchnął tylko ciężko, machnął ręką i odesłał mnie do stoisk. Rozłożyłem swoje książki, wokół był już spory tłum dzieci, już wtedy byliśmy pokoleniem trzydzieści plus, kochaliśmy książki tak masowo jako ostatnie z pokoleń. Dowiedliśmy tego na spotkaniu z Łozińskim, którego nie mieliśmy przeczytać przez następne 20 lat, a większość z nas nigdy nie przeczytała nawet „Pantokratora”. Siedzieliśmy grzecznie i cicho, cała ta dzika energia uwolniła się z nas, gdy pozwolili nam wrócić do stoisk. Nie do końca wiedzieliśmy z czego się cieszymy, ale skakaliśmy z radości, wtedy pewnie myślałem, że to nadchodzące wakacje. I Liverpool. Liverpool wygrał z Evertonem w finale Pucharu Anglii 2 tygodnie wcześniej. Było 3-2, Rush wszedł w 73 minucie i strzelił dwa gole. Nie było Internetu ani Canalu Plus, pozostawało nam niekończące się analizowanie wymiętego egzemplarza „Piłki Nożnej” i odtwarzanie meczu na boisku naprzeciw głównego dziedzińca. Większość nauczycieli była uśmiechnięta i życzliwa, ale kilkoro z nich jakby czekało na to, by nas ukarać, coś w nich pękło i rozsypało się w proch, krążyli wokół jak smutne, postarzałe sępy, które mogą już polować tylko na najmłodsze myszki, które nigdy już nie złapią tych większych, wreszcie pani M. rzuciła się do mojego stoiska i wyłowiła zbiór rysunków Andrzeja Mleczki. „Co to jest?” – krzyczała. „To nie jest dla dzieci! Dlaczego to oglądacie?”. Dlaczego dwunastoletni chłopcy oglądają świńskie rysunki. Pytanie za milion dolarów. „Natychmiast przerywam te wygłupy, proszę ze mną do sali”. I poszliśmy za nią do gabinetu biologicznego, popatrując po sobie i chichocząc. Wcale się nie baliśmy.