urlOglądałem dziś dokument o Mistrzostwach Świata 1986 roku w Meksyku, pierwszym wielkim turnieju piłkarskim, który oglądałem od początku do końca, z powodu różnicy czasu uciekając nieraz ze szkoły, a przede wszystkim (jak  na meczu Polska-Maroko) z lekcji religii, odbywających się  jeszcze, jak Pan Bóg przykazał, w przykościelnych salkach. Mimo upływu 30 lat niemal każda bramka  odzywała się echem w pamięci, zdawała się znajoma; bardzo to ciekawe, mimo ze wciąż piłkę oglądam zachłannie, goli z zeszłorocznej Ligi Mistrzów nie pamiętam wcale, że nie wspomnę o mistrzostwach świata czy Europy sprzed kilku lat. Pierwsze wielkie emocje, pierwsze zderzenie z futbolem na najwyższym poziomie odznaczyło mi się najwyraźniej w synapsach na stałe, i już go nie wyprę. I bardzo dobrze.

Nie o dziecinnej pamięci chcę jednak napisać, ale o człowieku, którego popisy raz jeszcze mnie zachwyciły, którego wielkość biła w oczy nawet na rozmytych pikselach obrazu VHS. Diego Maradona był nie tylko największą gwiazdą tych mistrzostw, nie tylko najwybitniejszym piłkarzem lat 80. i 90. Był najlepszym piłkarzem w historii. Był, choć może należałoby powiedzieć „jest”; kilka tygodni temu dotarła do mnie wiadomość, że został „duchowym trenerem” Deportivo Riestra Buenos Aires, kimś z pogranicza największej gwiazdy, coacha i szamana. Ma co prawda 53 lata, Deportivo to klub piątoligowy, ale jego biegający w czarnych koszulkach piłkarze zyskali prawdziwego lidera,  osmolonego diabła, który nawet po latach żarcia tłustych steków i wciągania wagonów kokainy pamięta jak to jest ośmieszać najlepsze defensywy świata. Jak to jest upokarzać Anglików uderzeniem ręki szybszym niż błysk flesza, niezauważalnym nawet dla telewizyjnej kamery; trzeba było powtórki z dogodnego kąta, by wychwycić „rękę Boga”, jak tu winić sędziego?  Jak to jest wyzwalać się spod najciaśniejszego krycia; w finale z RFN Maradonę pilnowało czasem dwóch rywali, a mimo tego miał udział przy dwóch golach, najpierw dając się faulować, co przyniosło po dośrodkowaniu bramkę Browna, a potem idealnie podając do Jorge Burruchagi, który trafił na 3:2. Właściwie w każdym meczu zdarzały mu się kilkudziesięciometrowe dryblingi, jeden z nich – w meczu z Anglią – zapisał się w historii jako jedna z najpiękniejszych bramek wszystkich Mundiali.

Oglądam teraz Cristiano Ronaldo w meczu z Bayernem; wspaniały chłopak, świetnie biega, drybluje, cudownie strzela – ale gdzie mu tam do boskiego Diego?